Mój pierwszy raz… autostopem.

*post przeniesiony z bloga: https://szyszka-pisze-blog.blogspot.com/*

Pewnie niejedna osoba czytająca tego bloga, choć raz zamarzyła, aby spakować w plecak najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyć na samotną wędrówkę w nieznane niczym z amerykańskich filmów. Mi prawie się coś takiego udało zrobić. Kiedy? W kwietniu. Gdzie? W Bieszczady. Jak to wyglądało dokładnie? Zapraszam do czytania posta.

takie tam nudy w pociągu | Kraków
Końcówka kwietnia była chyba najbardziej spontanicznym okresem w moim życiu. W ostatnią niedzielę tego miesiąca około południa skończył się pierwszy biwak mojej gromady. Po 14:00 ja i mój ówczesny przyboczny mieliśmy pociąg do Rzeszowa. Miałam około godzinę na ogarnięcie się po dwóch dniach poza domem bez prysznica, posprzątanie w miarę rzeczy po biwaku oraz spakowanie się na podróż. Cudem mi się to udało, ale gdyby nie mój chłopak, pewnie bym nie zdążyła. Tak więc razem z Kubą wsiedliśmy do pociągu i wyruszyliśmy w nieznane.
Zdjęcie z cyklu "patrzcie jakie fajen rzeczy znalazłam w lumpie"
Około 19:00 byliśmy w Rzeszowie. I co dalej? O tej godzinie nie było już żadnego busa, PKSu czy pociągu. Zjedliśmy jakieś fastfoody, a następnie zaczęliśmy szukać noclegu. Jak się domyślacie w centrum dużego miasta nie było niczego poniżej 120 zł. Postanowiliśmy dostać się na wylotówkę, ale najpierw zaopatrzyć w tabliczki i marker. Nie wiedziałam, że tak trudno jest znaleźć jakiś karton, ale dzięki urokowi Kuby, który zauraczał wszystkie ekspedientki Żabki, coś udało nam się zdobyć. Następnie poszliśmy szukać markera. Niezbyt dobrym pomysłem było pójście do Galerii Rzeszowskiej i do Empiku, w którym to cena była lekko zamazana i zamiast 15 zł pisało 5 zł. Cóż, czas nas gonił, więc trzeba było go kupić. Około 20:30 znaleźliśmy się pod Politechniką Rzeszowską (jest przepiękna, gorąco polecam!). Poszliśmy na wylotówkę, a tam spotkaliśmy parę, która również wybierała się stopem w Bieszczady. Śmieszne było to, że mieli nawet takie same napisy na tabliczkach, ale nasze i tak były lepsze, bo napisane burżuazyjnym markerem (żarcik, oni byli z Warszawy, a nie z jakiegoś biednego śląskiego). Postanowiliśmy urządzić sobie wyścig kto pierwszy złapie stopa. I tutaj modlitwy moje i Kuby do JPII się spełniły… stojąc obok przystanku, zauważyliśmy nasze wybawienie - PKS do Ustrzyk Dolnych.
Marzenie o Bieszczadach było silniejsze, niż zmęczenie. Postanowiliśmy nie myśleć o tym, że w każdym momencie możemy wrócić do domu.
Godzina 23:00. Wykończona cała weekendem usnęłam w czasie jazdy. Patrzę na telefon, a tam kilka nieodebranych połączeń od mojego chłopaka. Oddzwaniam, mówię mu co u mnie, zaczyna być niespokojny o nas, jak nasze mamy, które od miesiąca chciały nam wybić ten pomysł z głowy. Dojeżdżamy do Ustrzyk Dolnych. Jest prawie, że maj, a tam zimno jak w lodówce. Na szczęście Kuba pożyczył mi swoją nową kurtkę zimową (a jeszcze przed wyjazdem żartowaliśmy z naszych mam, które kazały nam wziąć coś zimowego - kochane mamcie - przepraszamy). Jak myślicie co postanowiliśmy zrobić? Przez ponad dwie godziny próbowaliśmy złapać stopa, szukać noclegu, cokolwiek, aby nasza wędrówka szła do przodu. Żadne z mijających aut się nie zatrzymało, patrol nocny policji się z nas śmiał, a koszt za użyczenie podłogi w pensjonacie kosztowałby nas 50zł/osobę. I tutaj znowu nasze modły (ja tylko nawiąże do poprzedniego posta, że jestem neopoganką, więc nie mam pojęcia jak to zadziałało) zostały wysłuchane. Pan aptekarz, który miał nocny dyżur, pozwolił nam przenocować na kawałku podłogi. Już rozumiem, co czuli Maryja i Józef, gdy nikt ich nie chciał przyjąć. Na szczęście ja nie byłam w błogosławionym stanie. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie wyspałam się tak dobrze w tak niewygodnym miejscu.
Około 7:00 obudzili nas klienci. Na śniadanie zjedliśmy kanapki z poprzedniego dnia.
Godzina 8:00. Mamy busa do Bereżek. Ha! Pewnie się zastanawiacie gdzie ten stop. Keep calm. Jeszcze chwila. Gdy dotarliśmy na tę wiochę, poczułam się jak w serialu “Damy i wieśniaczki”. Jakiś pieseł ganiający po drodze, ruch na tej drodze prawie żaden, koteł chodzący po płocie, zielona chatka z drewna, a to wszystko na tle malowniczych Bieszczad. Ale co dalej? Do bazy Nasiczne jeszcze daleko.
tak, to ja w Bereżkach
Godzina 9:00. Zaczynamy naszą wędrówkę. Powinno nam zejść około dwóch godzin szlakiem. Gdzie tam! Dopiero około 13:00 byliśmy w schronisku Koliba obok Przysłupa Caryńskiego. Tam w końcu zmęczona, brudna, zaspana kupiłam sobie kawę i magnes, a w ten sposób skończyły mi się wszystkie pieniądze na wyjazd. Nie byłam z siebie dumna, ale przecież miałam spędzić tydzień na wiosce bez zasięgu. Odpoczęliśmy. Idziemy dalej w trasę.
takie piękne kwiatuszki rosnące obok schroniska Koliba
13:30 Nie uwierzycie! Wracając ze schroniska złapaliśmy z Kubą pierwszego stopa w życiu! Już nie chcę wspominać, że jechaliśmy tę polną drogą w sześć osób i każdy z wyjątkiem nas był podchmielony (tak, kierowca też). Śmiechom nie było końca, fajni ludzie, sympatyczni. O jakie szczęście, że gdy zaczęła się drogą asfaltowa to zaparkowali samochodów i resztę drogi (oni do sklepu, a my na bazę) mieliśmy już przejść. Wchodząc na drogę, na której również zbytnio ruchu nie było, uwaga, uwaga... znowu złapaliśmy stopa! Tym razem była to bardzo porządna rodzina. Pozwolili włożyć plecaki do bagażnika, zagadali, że kiedyś też jeździli na obozy harcerskie, ogólnie bardzo mili ludzie. Gdy wysiadaliśmy już pod samą bazą to kazali wziąć tylko swoje bagaże. Heh…
Zdjęcie wykonane kilka minut przed moim pierwszym stopem w życiu.
Tak kochani! Po równych 24 godzinach dotarliśmy na miejsce! Nie mieliśmy tam ani pół kreseczki zasięgu, więc nie mieliśmy jak skontaktować się z bliskimi.. Na szczęście dwójka osób z bazy jechała do większej wsi na zakupy, więc nas podrzucili, abyśmy mogli zadzwonić.Teraz bardzo przyjemnie i nawet z uśmiechem na ustach się o tym wszystkim pisze, ale wtedy to była tragedia. Obojgu nam było dość głupio, że tyle osób się o nas martwiło, gdy w środku nocy utknęliśmy niby w mieście, ale na wsi. Na szczęście wszystko, bez wielkich strat (oprócz tych pieniężnych na nieplanowane wydatki) dobrze się skończyło. Naprawdę jedyne co mieliśmy zaplanowane od A do Z to podróż do Rzeszowa. Może było to głupie i ryzykowne, ale co przeżyliśmy w dzikich Bieszczadach, to nasze! :)
Marzenie spełnione! Pierwsze zdjęcie na naszej bazie obozowej Nasiczne.

Kolejne marzenie spełnione - zobaczenie salamandry plamistej. :)
Służba kuchenna :) Cały dzień krojenia cebuli na śniadanie, obiadek i kolację.

Tarnica (1 346 m n.p.m.) - najwyższy szczyt Bieszczad.

Na koniec powiem, że adrenalina uzależnia. Bardzo chciałabym jeszcze kiedyś gdzieś się wybrać autostopem. Ogromny szacunek dla Karola, mojego kolegi, wielkiego podróżnika i humanisty, który w te wakacje przejechał sam stopem z województwa śląskiego do Aten. Stałeś się moją inspiracją, trzymam kciuki za kolejne wyprawy i czekam na książkę.
Szyszka

Komentarze