Co zwiedzić w Londynie w 24h?

Na samym początku muszę napisać, że post miał ukazać się w lutym, kiedy to udało mi się załapać na podróż bez maseczek, lockdownu, i kwarantanny. Pojawiło się wtedy dopiero kilka przypadków zarażeń, więc żadne obostrzenia nie były wtedy jeszcze wprowadzane. Mi też ciężko wraca się myślą do czasów, kiedy nie trzeba było ukrywać się w domu i można było pooddychać świeżym powietrzem, bez ryzyka dostania mandatu. 
Tak więc teraz jest idealny moment, aby powspominać wspaniałą podróż do mojego wymarzonego Londynu, w którym ostatni raz byłam w 2014 roku. Cały trip był dość spontaniczny. Zaplanowałam go kilka dni po założeniu tego bloga. Jedyne co mieliśmy to wykupiony lot z bagażem podręcznym oraz dwa noclegi z dogodnym dojazdem do centrum. Dopiero dwa dni przed odlotem ogarnęliśmy dojazd z lotniska Londyn-Stansted do okolic naszego hotelu (prawie 68km). 

W samym Londynie spędziliśmy intensywne 48h. Pomimo drogości Londynu, ograniczonego studenckiego budżetu, zimnej, deszczowej pogody i moich "tych kobiecych dni" udało nam się zobaczyć dość sporo. Nie przedłużając, chciałabym przedstawić Wam miejsca, które uważam za warte obejrzenia, gdy w Londynie jest się przejazdem, szczególnie pierwszy raz i chce się zobaczyć te najbardziej popularne obiekty.

Pałac Buckingham, Pałac Kensington, Clarence House

Rodziną Królewską zachwycam się od dawna, a miłość do netflixowego serialu "The Crown" jeszcze bardziej ten zachwyt powiększyła. Pałac Buckingham jest zamieszkany przez samą królową Elżbietę II i jej męża księcia Filipa. Niedaleko pałacu znajduje się posiadłość księcia Karola i jego żony Kamili - Clarence House, a pod samym pałacem majestatyczny Victoria Memorial.

Pałac Kensington jest posiadłością księcia Williama, jego żony księżnej Kate i ich trójki dzieci. Wokół rozciąga się przepiękny Hyde Park z mnóstwem biegających wiewiórek. Po obejrzeniu z zewnątrz pałacu, udaliśmy się do Placu Zabaw pamięci księżnej Diany, gdzie nie mogliśmy wejść ze względu na brak dzieci. Zostawiłam kilka pensów w klatce z figurami zwierząt, aby kiedyś jeszcze wrócić do tego miejsca.

Buckingham Palace

Victoria Memorial
Kensington Palace

Clarence House

Trochę historii - The Guards Museum, Waterloo Imperial War Museum

Drugiego, ostatniego dnia chcieliśmy zwiedzić muzea historyczne. Idąc Parkiem Św. Jakuba, zauważyliśmy The Guards Museum. Chcieliśmy do niego wejść, aby zaczerpnąć rąbka historii Anglii, a dokładniej strażników. Niestety, gdy tam dotarliśmy ochroniarz już zamykał wejście.

Planowaliśmy zobaczyć też Waterloo Imperial War Museum, ale znowu nie zdążylibyśmy dojść tam przed zamknięciem. Jednak nie żałujemy, ponieważ wybraliśmy się do...

Tunel Banksy’ego i Hayward Gallery

Tunel Banksy'ego to otwarta, bardzo klimatyczna galeria sztuki, którą tworzą profesjonalni grafficiarze. Polecam o tym miejscu poczytać tutaj >klik<. Sztuki nam się jeszcze trochę zachciało, więc Kuba znalazł darmową wystawę w Hayward Gallery o nazwie “Fanfare” autorstwa Nevin Aladağ. Autorka wykorzystuje muzykę, dźwięk i rytm do odkrywania różnic i napięć między kulturami. Filmiki były kręcone w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (I część) oraz w Niemczech (II część). Filmik z tej wystawy możecie zobaczyć tutaj > klik <. 

Hayward Gallery

Big Ben i London Eye

W lutym Big Ben był w remoncie, więc na naszym zdjęciu nie jest, aż tak majestatyczny. Za to London Eye był zamkniety z powodu pogody. Wszystko wskazuje na to, że jeszcze kiedyś trzeba tam pojechać.
Big Ben
London Eye

Kensington - najpiękniejsza dzielnica Londynu

Leży ona w gminie Royal Borough of Kensington and Chelsea. Znajdowal się w niej nasz hotel, więc trochę po niej pospacerowalśmy. Architektura tej dzielnicy jest (jak dla mnie - laika) typowo angielska, co możecie zobaczyć po poniższych zdjęciach.


Cromwell International Hotel



Coś na ząb - The Shakespeare, Adrian's Bar & Bistro, Mamuśka, Starbucks

Jeśli chcecie skosztować tradycyjnych brytyjskich przysmaków jak fish&chips czy angielskie, obwite śniadanko, to zdecydowanie polecam dwie pierwsze restauracje - The Shakespeare i Adrian's Bar & Bistro. W restauracji "Mamuśka" w dzielnicy Waterloo wrócicie do korzeni zamawiając polską pomidorówkę, gołąbki, żurek etc.
Jeśli chodzi o popularną sieciówkę - Starbucks to zdecydowałam, że będę do niej chodzić tylko w Londynie i zawsze zamawiając tam Frappe (od 2014), a od tego roku również przepyszną kanapkę z quacamole.






Zależało nam, aby wydać jak najmniej, co prawie się udało. Gdybyśmy zaplanowali sobie tę podróż to pewnie na wielu rzeczach udałoby się nam zaoszczędzić. Chociażby za autokar wydalibyśmy o kilka razy mniej (miesiąc wcześniej kosztował kilka funtów). Jednak ten spontan spowodował, że bardzo chcę tu wrócić i zobaczyć jeszcze wiele rzeczy, np. te muzea, do których nie udało nam się wejść, czy odwiedzić Zoo i inne dzielnice Londynu. W samej Anglii na pewno chciałabym zobaczyć Bristol oraz Brighton. 





Wydatki w pigułce:
  • dwa noclegi w hotelu >klik< - ok. 192zł/osobę

  • lot w dwie strony z bagażem podręcznym (Ryanair) - ok. 183zł

  • autokar lotnisko-centrum National Express - ok. 14‎£ (gdy kupicie miesiąc przed możecie zapłacić tylko ok. £2‎)

  • jedzonko ok. £30

  • Hayward Gallery - za darmo

  • London Eye - £20-25

  • The Guards Museum - £8

Pilsko 30.05.2020

Nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednie ubrania. Nawet nie wiedziałam, że to norweskie powiedzenie "Det fins ikke dårlig værbare dårlige klær" tak pasuje do większości moich górskich wędrówek. Od jakiegoś roku przed każdą wędrówką sprawdzam pogodę na stronie https://www.mountain-forecast.com/. Natomiast zgranie terminu, zebranie ekipy bywa na tyle trudne, że często pomimo przewidywanej brzydkiej pogody wolę zaryzykować, niż czekać kolejne tygodnie, aż nadarzy się okazja pojechać w górki.

Ostatni weekend był dość deszczowy, co przyniosło ogromny benefit na szlakach - mało ludzi. Na naszą wycieczkę wyruszyliśmy dosyć późno, bo po 10-tej. Zanim dojechaliśmy, zaliczyliśmy bombę kaloryczną w KFC, to było już po 12-tej. Na parkingu za hotelem Harnaś było kilka aut, co zwiastowało wspomniane pustki na szlakach. Na Halę Miziową wchodziliśmy żółtym szlakiem, następnie na samo Pilsko czarnym (wchodzenie po pionowej ścianie, pod wyciągami nie należy do moich ulubionych tripów, ale nie było, aż tak źle). Na samym szczycie poszczęściło nam się i trafiliśmy na okno pogodowe. Może nie było w 100% przejrzyście, ale ładne widoczki z majestatyczną mgłą udało się nam uchwycić. Z Pilska w 8 godzin można dojść na Babią Górę, co zresztą na początku planowaliśmy, ale może nie w taką pogodę, bo wiadomo, że Królowa Beskidu Żywieckiego lubi mieć swoje humorki.
kiedyś na takim pieńku zrobię jaskółkę
wyglądam na 5 miesiąc ciąży, a to tylko nerka, w sensie taka saszetka pod kurtką


Schodziliśmy szlakiem żółtym do Schroniska PTTK na Hali Miziowej. Tradycyjnie musiałam skosztować schroniskowej herbaty. Choć kosztuje tylko 4 zł, to nie wygryzła z rankingu herbaty pitej po wędrówce na Tarnicę w Wołosatym (kruca nie wiem, jak się odmienia nazwę tej bieszczadzkiej wsi). Tak, na każdej wędrówce piję herbatę w schronisku i mam ich osobisty, tajemniczy ranking - każdy ma jakieś swoje dziwactwa. 
Po odpoczynku w schronisku schodziliśmy szlakiem zielonym do Korbielowa. I tutaj zaczęła się przygoda. Z moim znajomym lubimy wędrówki w nieznane. Znaczy nie do końca lubimy, ale zawsze się w takie pakujemy. Obojgu nam rozładowały się telefony. Drugi raz. Wycieczka na Czupel niczego nas nie nauczyła, a sam szczyt muszę jeszcze raz zdobywać, ponieważ przez rozładowane telefony i zamknięte schronisko z powodu pandemii, nie mam potwierdzania do odznaki Zdobywcy Korony Gór Polski. Schodząc szlakiem zielonym, zagadaliśmy się i jakimś trafem zeszliśmy ze szlaku. Na początku droga była wyjeżdżona, dopiero potem musieliśmy iść po łąkach, lasach, a ja oczywiście panikowałam, że jak zje nas niedźwiedź, to dodatkowo zapłacimy mandat za zejście ze szlaku. Szliśmy w nieznane, ale jakoś udało nam się dojść do Korbielowa. Znaczy jeszcze nie mieliśmy pewności, że to właśnie tu i tylko czekaliśmy na pana z grabiami, który przegoni nas słowami "ino raz mi stąd uciekać". Na szczęście doszliśmy do drogi asfaltowej i znaleźliśmy się na poszukiwanym zielonym szlaku.

Taka historia na zakończenie posta. Ogólnie trasa nawet w tej błotnistej pogodzie jest bardzo przyjemna. Może to przez zimową kondycję, ale dużo łatwiej zdobywało mi się teraz Pilsko (1557 m n.p.m.), niż Czupel (930 m n.p.m.) miesiąc temu.

W pigułce:
Trasa: Korbielów (żółty szlak) - Hala Miziowa (czarny szlak) - Pilsko (żółty szlak) - Hala Miziowa (zielony szlak) - Korbielów
Długość: 15km
Czas: 6h
Punkty PTTK GOT: 28pkt
NACOBEZU (na co należy zwrócić uwagę): Bardziej opłaca się zaparkować za wspomnianym hotelem Harnaś, niż obok PKS na dole. 

3xK, czyli gdzie dobrze zjeść na Śląsku? cz. I

Nową serię rozpocznę od tego, co lubię najbardziej, czyli od jedzenia. Chciałabym przedstawić tutaj nie tyle tradycyjne, śląskie miejsca, gdzie można zjeść kluski, czerwoną kapustę i rolady, ponieważ miejsc z takimi daniami jest wbrew pozorom pełno. W swoich mniejszych, lokalnych podróżach szukam miejscówek, które mają klimat, a przede wszystkim smaczne jedzenie. Niekoniecznie musi być tanio, ponieważ jestem zdania, że lepiej zapłacić więcej za coś zdrowego, niż kilka złotych za samą chemię.
W większych miejscowościach jak Warszawa, Wrocław, czy inne stolice województw jest dużo fajnych knajpek. Podczas ostatniej podróży do stolicy naszego kraju zauważyłam z kilkanaście restauracji podczas jednego spaceru po Śródmieściu. Na Śląsku jest ich jeszcze nie tak dużo. Jest kilka "sieciówek", typu Sphinx, Pasibus, które oczywiście bardzo polecam. Na dziś wybrałam 3 miejsca, z 3 innych miejscowości, które ujęły mnie swoim urokiem oraz smacznymi posiłkami.

1. Kwadratowy, szklany kloc na katowickim rynku, czyli AïOLI inspired by Katowice (ul. Rynek 5, Katowice)  

Tak określa go Kuba, który zabrał mnie tutaj na urodzinki. Ceny może trochę wysokie, ale jedzenie naprawdę przepyszne. Byliśmy bardzo zadowoleni z makaronu z krewetkami, burgera oraz domowej pomidorowej. Na pewno wpadniemy tutaj jeszcze raz. W godzinach szczytu polecamy zrobienie rezerwacji, ponieważ restauracja jest oblegana przez ludzi. Obsługa jest dość zabawna, z niezbyt dużą pokorą podeszli do nas, gdy byliśmy tam pierwszy raz i nie wiedzieliśmy co, gdzie i jak. Trzeba mieć trochę cierpliwości i nie denerwować się na klientów. ;)




2. Klimatyczny restauracyjny bar w muzeum, czyli Museum Music Republic (ul. plac Sobieskiego 2, Bytom)

Zdecydowanie jedno z najsmaczniejszych miejsc w Bytomiu. Teoretycznie mogłoby konkurować z 8 bilą, ale tam ostatnio znalazłam włosa w moim burgerze. W Museum polecam zjeść sałatkę z marynowanym buraczkiem i kozim serem na bejbi szpinaku, a także krewetki, wszystkie burgery, nawet zwyczajne frytki i tosty są tutaj jakoś wyjątkowo dobre. 
W tym miejscu trzeba wydać trochę więcej gotówki, aby się najeść, ale tak jest w większości centrum miast. Kuchni możecie kosztować od czwartku do soboty w godzinach 16:00-00:00. O 22:00 wchodzi DJ i restauracja zamienia się w miejsce, gdzie można skosztować przepysznych drinków (wcześniej oczywiście też) oraz potańczyć.



3. Krewetkowy raj w Gliwicach, czyli Shrimp House (ul. Dolnych Wałów 8, Gliwice)

Miejsce to znajduje się w pięknej kamienicy z czerwonej cegły. Ma bardzo dobrą reklamę, dzięki której zachęcili mnie do odwiedzenia tego krewetkowego raju. Wzięliśmy zupę oraz zestaw z frytkami. Wszystko było dobrze doprawione i bardzo nam smakowało. Nie zawsze mamy ochotę na krewetki, ale na pewno, gdy narobi nam się ochota, to ponownie odwiedzimy to miejsce.


Macie jakieś ciekawe gastro-miejscówki do polecenia na Śląsku? 

#gorolka_na_Śląsku - co to jest i z czym się to je?

Ruszam dzisiaj z nową, a właściwie pierwszą serią na tym blogu, którą nazwałam #gorolka_na_Śląsku. Jedni mogą rozumieć znaczenie tego hashtagu, ale raczej znajdzie się też dużo osób, które nie będą wiedziały o co chodzi. Podczas pisania postów z tematyki mniejszych podróży pokażę Śląsk z perspektywy gorolki. Ci, którzy znają etymologię tego słowa mogą złapać się za głowę i powiedzieć: "Jak dasz się tak obrażać?!". Jednak ja tego tak nie odbieram, a wręcz trochę już przywykłam, że mieszkając od prawie już roku w Bytomiu, studiując na Politechnice Śląskiej w Gliwicach, mając masę znajomych ze Śląska, będąc kiedyś w Śląskim Referacie Wędrowniczym, a obecnie uczęszczając na zbiórki Śląskiego Kręgu Akademickiego - jestem trochę "skazana" na Śląsk i poznawanie stąd osób. Genów nie zmienię, a nawet bym nie chciała tego robić, więc musi wystarczyć mi pogodzenie się z losem "Gorolki na Śląsku", która w tej serii chciałaby Wam pokazać piękne i piękniejsze miejsca tego regionu.
Gdyby ktoś jeszcze nie zrozumiał, to słowo "gorol" (sfeminizowałam sobie do "gorolki" - ot, takie mamy czasy) oznacza osobę mieszkającą, a raczej wywodzącą się spoza terenu Górnego Śląska. Choć ciocia Wikipedia powie Wam, że nazwa pochodzi od słowa "góral" i, że obecnie jest to obraźliwe nazwanie osoby z np. Zagłębia Dąbrowskiego (z którego zresztą pochodzę), to wśród moich znajomych słowo gorol jest używane dla każdej osoby w Polsce, która nie ma pochodzenia śląskiego. Może się mylę i nie umiem wyczuć ironii i zawiści, ale raczej większość osób, które spotkałam, nie chciała mnie urazić nazywając "gorolką". Jednak, czy nie jest to idealne określenie mojej nowej serii? Pewnie znalazłoby się dużo (może i lepszych) pomysłów, ale ten narodził mi się na zbiórce Śląskiego Kręgu Akademickiego, która była właśnie o tematyce Śląska i to nie tylko polskiego. Trochę się nauczyłam, trochę też zrozumiałam, a najbardziej zapadł mi w pamięć rys historyczny, czyli jak to się stało, że jest, jak jest. Lecz o historii może kiedy indziej, bo jest ona dość długa i zawiła.
Już od dawna chciałam pokazać Wam ładne zakątki miast, które odwiedzam każdego dnia. Na moje Zagłębie jeżdżę już tylko w sprawach harcerskich, więc powoli jestem już przesiąknięta śląskim klimatem. Głównie chciałabym skupić się w tej serii na gastronomii, czyli gdzie dobrze zjeść, a także wypić dobrą herbatkę i nie tylko. Chciałabym również odwiedzić ciekawe muzea, a także wybrać się na spacer po klimatycznych uliczkach i dzielnicach (moim ogromnym marzeniem na obecną chwilę jest Nikiszowiec!). 
Seria ta nie będzie osobnym działem na tym blogu (obecnie mamy 3: poradniki, wyzwania podróżnicze oraz relacje). Mam w planach napisanie kilku relacji ze śląskich miejscówek. Może pojawi się i poradnik, np. "Jak przeżyć po zmroku na Śląsku?" <żart>.  Jeśli chodzi o wyzwania podróżnicze to sam zamysł tej serii będzie dla mnie sporym wyzwaniem, a obecnie mam w planach napisanie pięciu relacji. Zobaczymy co będzie dalej, bo w samych Gliwicach zamierzam studiować 5 lat (a wiadomo, że studenckie życie może się trochę przeciągnąć), więc może odkryję coś niezwykłego, czym chciałabym się z Wami podzielić?

Już w najbliższą sobotę o 20:00 pojawi się pierwszy z tej serii post, cóż to może być za miasto? Zgadujcie w komentarzach!

Którędy na Rysy?

Wstyd może to napisać, ale do zdobycia Rys podchodziłam, aż dwa razy. Pierwszy raz było to 31.08.2018r. - bez wiedzy, jaka będzie pogoda, bez wyspania, bez planów. Po sprawdzeniu trasy z Palenicy (w dwie strony) wyszło mi 6h chodzenia, więc pomyślałam - oj tam, łatwo. Prawda okazała się bolesna, trasa dwa razy dłuższa, widoki zobaczone w czasie tej wędrówki najładniejsze na świecie, a sama podróż sprawiła, że moje myślenie o chodzeniu po górach trochę się zmieniło. Tak więc drugi raz, ten już skuteczny, bo zdobyliśmy szczyt, był o wiele bardziej przemyślany i mniej spontaniczny.
Najważniejsze w zdobywaniu wysokich gór samemu, bez przewodnika, jest przygotowanie się do wędrówki. Przez rok czytałam o zdobywaniu tego szczytu, co kilka dni podglądałam na https://www.mountain-forecast.com/ pogodę jaka panuje na Rysach. Było wiele terminów, w których mogłam wybrać się, aby zdobywać Rysy, ale zawsze albo padał deszcz, albo śnieg. Wtedy wybierałam mniejsze szczyty, na których była ładniejsza pogoda. Teraz myślę, że było to dobre rozwiązanie, ponieważ zdobywając np. Beskidy nabrałam większej kondycji, aby wyruszyć w Tatry. 
kawka o poranku na Słowacji
Tydzień przed wyjazdem, w końcu konstelacja gwiazd na niebie ułożyła się właściwie i mogliśmy wybrać się w podróż. Jako, że po wakacjach moje kolana i biodro trochę umierały, tzn. bolały przy większym wysiłku, to zdecydowaliśmy na trochę łatwiejszą trasę - od strony Słowacji. 
Wyruszyliśmy w stronę Popradzkiego Stawu ok. 3:00. Ja w aucie ciutkę się przespałam, za to Kuba oczywiście ani trochę. Było ciężko, bo choć się staraliśmy pójść wcześniej spać, to skończyło się na jednej godzinie snu. Podczas podróży mogliśmy zobaczyć przepiękny wschód Słońca. Gdy dotarliśmy na miejsce, było już dość dużo osób. Ogólnie zdobywanie tego szczytu w niedzielę wymagało ogromnej cierpliwości do turystów z dziećmi, biegających Taterników i ludzi idących bardzo wolną całą szerokością drogi. Jednak chęć spełnienia noworocznego marzenia była znacznie silniejsza, niż jakieś tam przeszkadzajki.
Popradzki Staw - prawie tak ładne jak Morskie Oko
Rozpoczęliśmy od espresso i herbatki za kilka euro w Schronisku nad Popradzkim Stawem. Po pierwszym, półgodzinnym pierwszego odpoczynku wyruszyliśmy niebieskim szlakiem w stronę Rys. Droga jest naprawdę wspaniała, dużo na niej ładnych widoczków. Kondycja jest tutaj potrzebna głównie dlatego, że trasa wynosi jakieś 20km w obie strony (dokładnie 19,3km). Oczywiście były podejścia, które wywoływały ciarki, ale od strony polskiej jest więcej łańcuchów, które za łatwe nie są. 
to już te Rysy?
Samo wejście na szczyt jest dość trudne, wręcz najtrudniejsze na całej trasie. Jednak przepaść z obu stron na samym wierzchołku jest najbardziej imponująca. Przy większym wietrze utrzymanie się tam może być trudne. Nas spotkała rewelacyjna pogoda, słonecznie, prawie żadnej chmurki. 
Zejście ze szczytu wymagało nutki sprytu, momentami zjeżdżałam na tyłku, aby nie spaść. Wracanie na dół trochę nużyło, aż zastanawialiśmy się, jak mogliśmy, aż tyle przejść. 
a to dopiero początek łańcuchów

wyżej w Polsce już się nie da! :)

Na parkingu byliśmy już po zmroku. Wracaliśmy przez Kraków, gdzie na puste żołądki zjedliśmy Maka. Odsypiać ten dzień mogliśmy cały następny dzień, ale mięśnie, aż tak nie bolały (w przeciwieństwie do kolan, które musiały trochę dłużej odpocząć). 
Trasę tę zdecydowanie polecam, choć pewnie lepiej w środku tygodnia, niż w weekendy. Schronisko pod Rysami nie jest niczym niesamowitym w przeciwieństwie do latryny, która znajduje się obok niego i ma widok na góry oraz... przepaść kilkadziesiąt metrów w dół. Tak z toalety na pewno jeszcze nie korzystaliście!
Nie wiem czy będę zdobywać ten szczyt od polskiej strony, ponieważ same Rysy są dość zwyczajne w porównaniu do wielu innych gór znajdujących się w Tatrach. 
W pigułce: 
  • jak najbardziej warto się wspiąć na Rysy, choćby dla samego siebie,
  • polecam poczytać o przepisach drogowych w Słowacji (jeśli jedziecie autem), szczególnie o wyposażeniu auta,
  • jeśli chcecie kupować w schronisku picie lub jedzenie to warto wymienić złotówki na euro,
  • na parkingu bardziej opłaca się płacić w złotówkach,
  • warto sprawdzić pogodę przed wyjazdem, ponieważ widoki na szczycie zapierają dech w piersiach.

Lubicie zdobywać górskie szczyty? Co sądzicie o Rysach?